Pokazywanie postów oznaczonych etykietą photography. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą photography. Pokaż wszystkie posty

15 września 2016

23.02.2016 - 01.08.2016 Part I

"Nie ważne ile razy upadniesz, ważne ile razy się podniesiesz".

7 czerwca 2015

Bulimia nervosa, czyli moja nowa przyjaciółka Mia

Cudowne pogoda, naprawdę! Mam nadzieję, że Wy również przez kilka ostatnich dni mogliście poczuć gorące promienie słońca na swoich policzkach. Ja swój weekend zaczęłam już od czwartku. Nie poszłam do szkoły, bo tak naprawdę nie miałam czasu, ani najmniejszej chęci. Po Waszych wszystkich komentarzach, nie tylko na blogu, ale też na innych portalach społecznościowych postanowiłam w końcu coś zrobić z tymi moimi zaburzeniami odżywiania. Z samego rana poszłam zrobić sobie morfologię, aby sprawdzić czy czasami nie nabyłam się anemii.. kolejny raz. Wyniki odbieram w poniedziałek. Następnie pojechałam do mojej bardzo zaufanej pani psycholog. Po długiej rozmowie doradziła mi, abym poszła zarejestrować się do psychiatry. To było takie dziwne i nowe. Zazwyczaj moja mama załatwiała takie sprawy, jakieś rejestracje, skierowania i w ogóle, ale teraz mam dziewiętnaście lat i muszę robić to zupełnie sama. Naprawdę jest to dla mnie dziwne uczucie. Poszłam do budynku obok i okazało się, że jest wolne miejsce akurat za parę godzin, no to podałam swoje dane i wróciłam do domu coś wypić, bo byłam wyczerpana. Wspomnę tylko, że nic wcześniej nie jadłam, a po mieście poruszałam się rowerem.



Ok, na miejscu byłam sporo przed czasem. Poszłam do toalety umyć ręce, bo ubrudziłam się przy zapinaniu blokady na mój środek lokomocji. Przez resztę czasu chodziłam sobie po korytarzu czytając jakieś ogłoszenia, plakaty albo mi się po prostu zdawało, że je czytam, bo milion myśli przewijało mi się na raz w mojej głowie, już nawet nie pamiętam, zresztą to nie jest ważne. Kiedy wybiła godzina umówionej wizyty, a ja czekałam pod drzwiami gabinetu po prostu cała się trzęsłam! Nogi się pode mną uginały. Pomyślałam sobie, że może sobie pójdę, że nie dam przecież rady otworzyć się przed jakimś obcym facetem. Nie zdążyłam uciec, bo z pomieszczenia wyszła jakaś pani w średnim wieku dziękująca za wizytę. To właśnie w tej chwili zamarło mi serce i ledwo żywa weszłam do środka. Na początek krótkie przedstawienie się, podanie danych, podpisanie dokumentu, w którym mogłam wpisać jakieś imiona i nazwiska osób, którym pozwalam na wgląd do moich dokumentów, zrobienie ich kopii no i na usłyszenie opinii psychiatry na temat mojego stanu. Potem zaczęła się seria podstawowych pytań. Musiałam wrócić do przeszłości, do której nie lubię wracać, czyli do pobytu na oddziale, na który trafiłam ze względu na swoją głęboką depresję. Dzięki właśnie tym pytaniom i odpowiedzią na nie opowiedziałam praktycznie na czym polegają moje najważniejsze problemy. Razem ustaliliśmy, że najistotniejszą sprawą, którą powinniśmy zająć się w pierwszej kolejności są moje napady jedzenia albo w ogóle nie jedzenie, głodzenie się. Zaczęła się kolejna wyczerpująca seria pytań i odpowiedzi. No i w końcu wiem co mi jest.

Nie wiem czy powinnam się cieszyć czy być przerażona. Chyba te dwa uczucia towarzyszą mi na przemian. Cierpię na bulimię. Tak, tak wiem. Macie teraz w głowach obraz mnie wymiotującej po każdym posiłku, nie. Jest kilka odmian tej choroby. U mnie polega to na tym, że mam napady żarłoczności i nie mogę nad tym zapanować. Potrafię zjeść dosłownie wszystko co wpadnie mi w rękę. Już wcześniej zauważyłam, że chodzę po całym domu i szukam jakiś słodyczy po szafach, szafkach i wszędzie, gdzie się da, ale sądziłam, że każdy tak robi, że to jest przecież normalne. No, bo każdy lubi sobie dobrze zjeść, ale okazuje się, że nie każdy. Jem dosłownie najróżniejsze smaki jeden po drugim. Od słonych po ostre, ostrzejsze i najsłodsze! No ok, a co jest po tym jak to wszystko w siebie wcisnę? Mam okropne wyrzuty sumienia! Czuję się jeszcze grubsza i brzydsza niż przed jedzeniem. Muszę teraz coś z tym zrobić. Zjadłam tyle ile normalny człowiek zjadłby przez trzy dni, w takim razie nie będę jadła przez dwa kolejne dni. Na tym właśnie to polega. Psychiatra zapisał mi psychotropy, dzięki którym mam nie mieć takich napadów, ale zobaczymy. Biorę je dopiero od kilku dni, a takie tabletki działają minimum po tygodniu.



Jednak do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że jestem bulimiczką, bo to do mnie nie pasuje. Ja i bulimia? Co? Nie.. to nie może być prawda, to jakaś cholerna pomyłka. Cały czas mam mętlik w głowie. Dlaczego bardziej o to nie zadbałam trzy lata temu? Bo właśnie trzy lata temu zaczęły się moje zaburzenia odżywiania tak na poważnie. Nie wiem co będzie dalej. Przez ostatnie kilka dni prawie nic nie zjadłam, naprawdę mało, ale po prostu się boję, że jak zjem coś za dużo to dostanę napadu i zjem całą lodówkę! Wolę zaczekać jeszcze tydzień, dwa i wtedy zacząć jeść normalnie albo to moja kolejna wymówka, aby jeść jak najmniej.



Najbardziej bałam się na wczorajszym grillu na działce. Było tyle przepysznych rzeczy! Ciasta, ciastka, babeczki, szaszłyki, jakieś inne grillowane mięso, sałatki, gazowane napoje i tak dalej. Siedziałam przy tym stole i jadłam swoją wcześniej kupioną sałatkę koperkową. Skusiłam się tylko na jednego loda karmelowego, ale mogłam go zjeść, bo miałam bardzo nisko kalorycznie słabe śniadanie. Udało mi się przetrwać. Moja mama za bardzo nie wie na czym polega ta choroba i trochę mnie nie rozumnie, ale potrzebuje trochę czasu, aby to wszystko przyjąć do wiadomości. Jest mi naprawdę przykro, że moi najbliżsi tak się o mnie teraz martwią, ale tak po prostu musiało być. Podobno bulimii się samemu nie wybiera. Ma na to wpływ wiele czynników od nas niezależnych.



Ściągnęłam sobie aplikację na iPhone'a, w której mogę zapisywać swoje wszystkie posiłki i ich kcal. Dzięki temu w ogóle coś jem i wiem co mogę jeść, bo jest zdrowe i zarazem niskokaloryczne. Jem i nie czuję, aż takiego poczucia winy i obrzydzenia do siebie. Wracając do tej działki to naprawdę świetnie się bawiłam. Już dawno nie biegałam dookoła oblewając się z kimś wodą albo goniąc grabiami! To była też świetna okazja do spokojnego porozmawiania z rodziną, zrobienia kilku zdjęć, no i co najważniejsze powspinania się po drzewach!

26 marca 2015

Porażka w życiu Poppy Miau

Czuję się źle, źle jest ze mną. Właśnie zdałam sobię sprawę dlaczego tak źle znoszę wszelkie porażki i dlaczego mam ich na swoim koncie tak mało. Po prostu boję się porażek. Nienawidzę ich smaku, ich dotyku, ich obecności w całym swoim życiu. To uczucie, to okropnie-obrzydliwe uczucie teraz jest we mnie, pochłonęło cały mój umysł. Co sekundę informacja na nowo przewija się w mojej głowie i na nowo i na nowo i na nowo i tak w kółko i kółko i kółko. Na pozór jestem cholernie silną osobą, ale jeśli porażka mnie dotchnie to zamieniam się w małego rudego kotka, który właśnie zgubił swoją mamę i nie ma pojęcia, gdzie jej szukać. Tak cholernie mi smutno, jestem na siebie taka zła. Jak to w ogóle możliwe? Przecież tak się starałam. Cały czas mam nadzieję, że to najzwyczajnie zaszła jakaś pomyłka. Jeszcze jeden dzień i sobie odpocznę od wszystkich i wszystkiego. Nareszcie!

4 marca 2015

Nutka depresji.

W moim życiu jest ostatnio dziwnie. Skończenie dziewiętnastu lat dodało do niego tylko nutkę depresji. Chociaż mogę być z siebie dumna. Zdobyłam wymarzoną pracę, którą niestety musiałam rzucić. Głównym powodem jest pierdolonekurwajebane prawo polskie. Jestem po prostu załamana. Nie mam pojęcia skąd wezmę pieniądze na studia, na dalsze kształcenie, jakieś kursy czy coś innego.. Może przybliżę po krótce o co chodzi i na czym to polega. Moja mama wychowuje nas sama. Kochany hahahahah tata nie płacił alimentów, ma mnie i moją siostrę głęboko w dupie. Więc alimenty dostajemy z jakiegoś tam funduszu państwa, ale jest jeden haczyk. Dostają je tylko rodziny, którym dochód nie przekroczy pewnej sumy. W lutym wypracowałam sobie tyle godzin, że przez moją wypłatę nie dostawalibyśmy alimentów już wcale. Tak po prostu by nam je odebrali, gdybym pracowała dalej. Dochód liczy się od drugiego przepracowanego miesiąca w roku. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale jest to chore. Jak niby kurwa mam nazbierać sobie na studia, jeśli nie mogę pracować? Nie wiem kompletnie co mam robić. To prawo jest chore bez kitu. Najlepiej wyjechać z tego chorego kraju jak najszybciej.

W maju dostarczę sobie trochę tej zagraniczności, bo jadę do Niemiec na praktyki. Nie mam pojęcia jakim cudem się dostałam? W sumie chyba piszę tak tylko dlatego, że do końca w siebie nie wierzę tak jak kiedyś. Nie wierzę już w swoją siłę, ambicję, dążenie do celu, chęć walki z przeciwnościami losu.. Gdyby Anioł nie motywował mnie do nauki, nie powtarzał: "Poppy na pewno dasz radę, ja w ciebie wierzę, jesteś najlepsza!", pewnie olałabym całą sprawę. Tak naprawdę jeszcze tydzień temu potrafiłam tylko powiedzieć po niemiecku: "Ich bin Poppy" i to byłoby na tyle. Wystarczył mi tylko jeden tydzień i w tym jedna zarwana nocka, aby opanować podstawy i przygotować się na rozmowę kwalifikacyjną, która w dużej mierze była po niemiecku! Tak okropnie się stresowałam! Miałam tylko nadzieję, że nie zatnę się jak jakaś idiotka. Opowiadałam na tej rozmowie po niemiecku trochę o swoim domu, o fotografii, no i nie zabrakło tematu mojego bloga. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale nauczyciele natrafili na artykuł o mnie w jednej z lokalnych gazet. Nie zabrakło też moich czerwonych policzków ze stresu no i kierowania komplementów w moją stronę: "Klaudia jaką ty przeszłaś zmianę, oczywiście na lepszą!". Wicedyrektorka powiedziała nawet: "Masz rewelacyjny wizerunek!". Od razu zaczęło się wspominanie jak jeszcze miałam w policzkach cheek'i i przez to nie pozwoliła mi robić zdjęć na apelu. Dawne czasy buntu, ucieczek z domu, złych rzeczy, czynów i gówniarstwa, hahaha. Jak ja się cieszę, że to się skończyło. Teraz pozostaje mi tylko dalej uczyć się niemieckiego, co kiedyś wyjadę z tego pieprzonego kraju na dobre, a nie tylko praktyki.

P.s.- Język niemiecki nie jest taki trudny jak myślałam, trzymajcie kciuki!
P.s.2- Dodawajcie mnie na snapchat: poppymiau, czekam na snapy od Was!

@poppymiaufacebook

19 grudnia 2014

Swoboda na scenie

Podziwiam dzieci, a przynajmniej ich podejście do występów przy dużej publiczności. Pamiętam czasy, kiedy byłam jeszcze mała, a moja mama przychodziła na jakieś przedstawienia. Śpiewałam nawet sama zwrotki takiej jednej piosenki, której tytułu nawet nie pamiętam. Dzieci mają wspaniałą swobodę poruszania się na scenie, gołym okiem widać, że nie przejmują się tak wieloma skierowanych na nich tęczówek. Może i jakąś tam tremę mają, ale gdy stoją już na scenie i spektakl się zacznie wszystkie niepewności odchodzą wraz z ciszą na sali, która jest oczywiście spowodowana zaczęciem się przedstawienia. Zadaję sobie w tej chwili pytanie: gdzie u nas, już większych podziała się ta lekkość i pewność siebie? Jest to spowodowane otaczającymi nas ludźmi, a może wydarzeniami, które w pewien sposób nas ukształtowały? Naprawdę szkoda, że umyka nam to przez palce, gdy dorastamy. Oczywiście mówię tutaj o ogółu, bo znajdą się osoby, które wręcz kochają występy publiczne. Niestety do takich osób nie należę. W sytuacji, kiedy przyszła do mnie dziewczyna zrobić ze mną wywiad zaczęłam się tak denerwować, że zapominałam najprostszych polskich słów i jąkałam się, gdzie przecież nigdy się nie jąkam. Mówię płynnie i myślę, że dykcję też mam niezłą. Ilu byłoby dzisiaj wspaniałych aktorów, piosenkarzy, czy po prostu ludzi, którzy są bardzo pewni siebie. Więcej osób byłoby szczęśliwych, czy osiągało sukcesy zawodowe dzięki pewności siebie. Jednak to działa w dwie strony. Wtedy znalazło by się więcej konkurentów na posady czy piosenkarzy chcących podpisywać kontrakty z wytwórniami płytowymi. Dziwny jest ten świat. Zaskakuje mnie mój tok myślenia. Potrafię pomyśleć o jednej rzeczy, a potem od razu pojawia mi się scenariusz drugiej strony medalu czy innych możliwości. Wiem jedno. To co utracone nigdy nie wróci, ale mogę napawać się widokiem tych dzieci i ich zachowaniem, które wyżej opisałam, bo dla mnie jest to po prostu piękne.

Cieszę się, że udało mi się wejść na scenę. Jednak dużo ludzi się na mnie patrzyło, tym bardziej, że byłam najwyższa, hahaha. Jakoś dałam sobie radę. Najbardziej pomogło mi uczucie, które towarzyszy mi przy robieniu zdjęć. Nie potrafię tego opisać, bo niektórych rzeczy po prostu się nie da, ale jedyne co mogę powiedzieć to, że jest to niezwykły stan wraz z ogromnym skupieniem przychodzącym znikąd.

Zdjęcie zrobiłam na koncercie kolęd dzieci klas pierwszych PSP4 w Starogardzie Gdańskim 16.12.2014

13 grudnia 2014

Same zmiany!

Moje życie toczy się o wiele szybciej niż bym się tego spodziewała. Więcej przebywam poza domem. Tyle się dzieje! Chciałabym wam wszystko opisywać na bieżąco, ale okazało się, że mam jakieś mikro pęknięcia w płycie głównej w laptopie, więc się tylko wkurzam i boję się dowiedzieć ile to będzie mnie kosztowało. Zdjęć robię jeszcze więcej niż wcześniej. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie ciepło. Nowością był przeprowadzany ze mną wywiad! Trwał dość długo, a wrażenie upływu czasu obliczałam na jakieś dwadzieścia minut. Myślałam, że będzie sztywno, a rozmowa w ogóle nie będzie się kleiła, a tu proszę, taka niespodzianka. Tęsknię za internetami. Brakuje mi pisania. Jest tyle wspaniałych emocji, którymi chciałabym się z wami dzielić. Niestety jestem tylko człowiekiem i pamięci nie mam doskonałej. W sumie mogłabym zapisywać jakieś rzeczy na kartce, ale potem było by mi tak jakoś dziwnie o tym pisać, więc tego nie robię. Martwi mnie stan mojego zdrowia. Byłam oddać krew dla potrzebujących, a lekarz żartobliwie powiedział, że to ja powinnam mieć raczej przetaczaną krew, a nie ją oddawać. Niczego nie zauważyłam.. Nastała pora jesiennej chandry, noc szybko przychodzi i człowiek jest szybciej senny. Do tego zaczęłam intensywnie ćwiczyć, grać w kosza i po prostu wychodzić z domu. Zmęczenie dla mnie było normalne. Nie głodzę się, jem normalnie, regularnie i zdrowo. Natomiast okazało się, że mam anemię i nikt nie wie dlaczego. Wyglądam na chorą i przemęczoną, a branie tableteczek znowu się zaczęło.

http://poppymiau.tumblr.com/image/105110664517

29 listopada 2014

Coś prawdziwego.

Jestem dumna z tego zdjęcia. Poradziłam sobie bez statywu. Jestem dumna z mojego związku z Aniołem, z dnia na dzień coraz bardziej rozkwita. Pozwala nam odczuwać coś wyjątkowego i prawdziwego. Jak dobrze czuć coś prawdziwego w tym świecie, gdzie za co prawie każdym rogiem czeka sobie kłamstwo.


Zapraszam do polubienia mojej strony na facebook'u: www.facebook.com/poppymiauczak